Dlaczego warto kupować płyty bezpośrednio od artysty?

0
Dlaczego warto kupować płyty bezpośrednio od artysty?

Na fanpejdżu koszalińskiego rapera Neile, członka warszawskiej ekipy SB Maffija…

 

znanego głównie z serii kawałków Kicktape czy niedawndego albumu Powidok 94, co pewien czas pojawiają się linki do jego aukcji na Allegro.

Obserwowałem ten FanPage czujnie, ponieważ zaczajałem się na przecenione koszulki albo bluzy. Serio, nie popieram kupowania drogich, markowych ubrań tylko dla samego faktu posiadania metki, ani całej tej sztucznej koniunktury na bluzy z kapturem i białym akronimem słów „Jem Parówki na 100%”. Zdaje sobie sprawę, że cały ten biznes żeruje głównie na nastoletnich, niespełna rozumu fanach, gotowych wydać kieszonkowe na jakikolwiek element garderoby, po którym inni zblazowani fani mogą ich zidentyfikować, przybić piątkę, albo powiedzieć „Ofermo, nosisz bluzę SSG”. Niemniej, Neile to marka sama w sobie, a że mocno identyfikuję się ze światopoglądem, który przekazuje w swoich utworach, link do aukcji z podpisem „Ostatnie sztuki t-shirtów” wywołał u mnie natychmiastową reakcję w stylu:

– TA KOSZULKA JEST MOJA!

I tak się szczęśliwie złożyło, że rzeczywiście zamówiłem ostatnią sztukę.

Neile - follow your dream - empik

Dzień później drzemie sobie wtulony w objęcia Morfeusza, kiedy idylle przerywa dziewczęcy głos, śpiewający radośnie dźwięk dzwonka w mojej Lumii. „Konke, lalalala, Konke!!!”. Nie znoszę, gdy mój sen zostaje przerwany przez jakże istotne kwestie, trapiące osobę telefonującą do mnie, także odebrałem delikatnie wkurwiony.

– Halooo…?
– Siemanko, tu Neile.

Whut? Czy ja dobrze słyszę? Do mojego zaspanego mózgu powoli zaczęła docierać informacja, że przecież sprzedawca z allegro otrzymuje wraz z adresem do wysyłki mój numer telefonu. A niech mnie, nawet głos podobny.

– Cześć. Co za zaskoczenie.

Okazało się, że niestety nie ma mojego rozmiaru, ale dostanę większy, do tego 2 płyty w gratisie i w ogóle czy mi taka opcja odpowiada, bo jeżeli nie to oczywiście zaraz dostanę pieniądze z powrotem. Pogadaliśmy chwilę, a trzy dni później do moich drzwi zapukał Pan Listonosz, trzymający w rękach prostokątne pudełko. Jest koszulka. Są trzy płyty, w dodatku jedna, która chciałem wcześniej kupić. Czyli wychodzi na to, że na pomyłce Neile zaoszczędziłem około 100 zł. Milusio.

neile - empik - koszulka

Piszę o tym w kontekście porównania zakupów bezpośrednio u artysty, a tych dokonywanych w sieciach handlowych typu Empik. Staram się z daleka omijać to miejsce, ponieważ zawsze kiedy znajdę się wewnątrz, budzi się we mnie kulturalny Quinn i dokonuje nieprzemyślanych zakupów. Płyty, które kolekcjonuje spełniają tylko taką funkcję, że stoją sobie na stojaku do płyt i w zasadzie zawsze się zastanawiam – po cholerę mi następna? Tłumacze to sobie szacunkiem do twórczości artysty, albo jako formę podziękowania za trafne spostrzeżenia w wersach, zwracające moją uwagę na istotne dla mnie sprawy, ale tak naprawdę… Do niczego ich nie potrzebuję.

Więc stoję tak od piętnastu minut przy sklepowej półce, trzymając w ręce płytę Nie Myśl O Mnie Źle i rozważam wszystkie za i przeciw. Patrzę na cenę i widzę, że jest o prawie połowę tańsza niż inne płyty. Dobra biorę! Podchodzę do kasy i przedwcześnie dopada mnie dysonans pozakupowy. Walić to, nie biorę! Wychodzę ze sklepu.

Po trzydziestu minutach wracam, zmierzam w stronę półki z płytami i znów szukam tej samej płyty, mimo że pamiętałem, w którym miejscu leżała. Najwidoczniej ktoś musiał ją przestawić. O, jest! Czym prędzej popierdalam do kasy myśląc sobie „Stać mnie, mam mnóstwo kasy, nowa płytka, lalala” byleby tylko nie dopuścić do chwili zawahania. Pan kasuje płytę.

– To będzie 38 zł, m’kay?
– Jak to? Pół godziny temu kosztowała 20. Nawet była cena z tyłu, nad kodem kreskowym.
– No ale nie ma, ktoś musiał zerwać i po tym kodzie kosztuje 38 zł.
– Czuję, że ktoś mnie tutaj w chuja robi.   

 

Odwracam się na pięcie i wychodzę. Jebać Empik.

 

Jebać ich pseudo-monopol na kulturę w tym kraju. Dotychczas kupowałem płyty tylko w Empiku, ponieważ było mi po prostu wygodniej, a zakup był częściej impulsywny niż planowany . Od dzisiaj kupuję wyłącznie bezpośrednio od artystów. Jeżeli również zdarza Ci się – a wiem, że tak – kupować płyty lub książki, mocno zachęcam Cię do kupowania jak najbardziej bezpośrednio od artysty, pomijając pośredników. Raz, że większa część dochodu ze sprzedaży wartości intelektualnej trafia do jego kieszeni. Dwa – artysta to też człowiek, najczęściej skłonny do pomocy, szanujący swojego odbiorcę, czego nie można w żadnym wypadku stwierdzić o sieciówkach typu Empik.

Dopóki nie nabyłem czytnika ebooków, książki również kupowałem w Empiku – często można upolować jakąś atrakcyjną okazję i przykładowo kupić dwie pozycje w cenie jednej. Jakiś czas temu, chyba po raz pierwszy w życiu kupiłem książkę gdzie indziej. W księgarni. Zachwyciła mnie atmosfera tego miejsca.

Jasne światło, pastelowe kolory, półki z książkami po lewej i prawej stronie. Poza tym ekspozycja, jak to w sklepie. Miejsce wydaje się być na pierwszy rzut oka bardzo przestronne. W tle leci muzyka, jednak nie jest to przyprawiający o fiksacje mózgu soundtrack z Simsów, a konkretne, elektroniczne brzmienie. Z tyłu stoją stoliki i kanapy, na których siedzą sobie pogrążeni w lekturze młodzi ludzie. Podchodzę do faceta z obsługi. Personel za ladą buja się w rytm muzyki.

– Szukam Bukowskiego.

– Ok. Macieeeeeeeeeeeeeeeej! – koleś rozdziera się na cały lokal, wołając kolegę popijającego za ladą podejrzany trunek. Później dowiedziałem się, że to Fritz Cola, niemiecki napój sprzedawany w butelkach o pojemności 0,3L, przywodzących na myśl butelki od piwa. Nie polecam. Jest dwa razy droższy niż Coca-Cola, smakuje jak kola z Biedronki i śmierdzi, no ale co kto lubi. Poza tym, bardzo zaskoczył mnie fakt, że w owej księgarni można tez kupić cydr lub piwo i popijać sobie, czytając książkę zdjętą chwilę wcześniej z regału.

– Cześć jestem Maciek. Chodź za mną.

Ok jest cała półka z powieściami Bukowskiego. Kilka z nich już czytałem, ale nieważne. Klimat tego miejsca intryguje mnie. Czas na mały test.

empik - fritz kola - neile

Podchodzę do dziewczyny za ladą. Filigramowa blondynka o rysach twarzy porcelanowej laleczki. Kiedy otwiera usta, wydaje się, że ktoś wprawia w ruch malutkie dzwoneczki. Oczytana, bystra, momentami cyniczna.

– Polecam „Hollywood” – mówi swoim miękkim głosem.
– Tak, jest całkiem w porządku, jednak to całkiem nowa kreacja Bukowskiego, a chciałbym raczej coś ze starej szkoły.
– Ok. W takim razie może „Listonosz”?
– Jest słaby… czytałaś w ogóle coś Bukowskiego?
– Nie, tematyka nie trafia w mój gust.
– Aha. Fajnie, że się chociaż starasz – rozmawiamy jeszcze chwilę o Bukowskim.
– Słuchaj, może polecę ci coś innego – blondynka podchodzi do regału, zdejmuje jakiś tytuł i wkłada mi w dłonie – Ta jest bardzo fajna. Klimat sci-fi, trochę postapokaliptyczny, <bla, bla, bla>.

Cholera, w jaki sposób z rozmowy o Bukowskim wywnioskowała, że lubię sci-fi? Nieważne. Chcę Bukowskiego.

– Ok, metoda eliminacji wyłoniliśmy dwa tytuły: „Szmira” i „Historie o zwykłym szaleństwie”. Którą wybrać? – od piętnastu minut stoję przy ladzie z dwoma tytułami w rękach.
– Bierz „Historie…” – dziewczyna stara się być bardzo przekonująca.
– Ok. Jeśli okaże się słaba, Ty poniesiesz za to odpowiedzialność.
– Zaryzykuję. Zapakować?

Cała rozmowa z dziewczyną i resztą obsługi trwała jakieś pół godziny, przebiegała w dość zabawnej atmosferze i przez ten czas wypieścili wszystkie moje konsumenckie potrzeby do samych granic, cały czas popijając Fritz-Colę i bujając się w rytm muzyki. Do takiego miejsca chce się wrócić. Na pierwszy rzut oka widać, że osoby zatrudnione w tej księgarni nie starają się na siłę obsłużyć klienta w miły sposób. Oni mają po prostu takie usposobienie. Właściwe osoby we właściwym miejscu.

Żegnaj Empiku.




Jarasz się dobrą muzyką? Polub Nas!